Napędzani Marzeniami
NM 21: Jak żyć zdrowo? Rozmowa z Anną Krasucką
Jul 21, 2020 · 1 hr 1 min
Play episode

Zastanawiasz się jak żyć zdrowo i nie zwariować? A może chcesz zacząć się zdrowo odżywiać, ale nie wiesz jak się do tego zabrać?

Blisko 10 lat temu, na warsztatach z gotowania poznałam niesamowity przepis, który towarzyszy mi do dziś i prawie każdego dnia korzystam z jego dobroczynnych właściwości.

Jest to przepis na… Jaglankę! A dowiedziałam się o niej od Ani Krasuckiej, która jest dietetykiem i doradcą żywieniowym wg. medycyny chińskiej. Prowadzi Akademię Pięciu Smaków, w której uczy jak dobrze żyć i zdrowo jeść.

Będziemy rozmawiać o tym, co składa się na zdrowy tryb życia, czego się wystrzegać i absolutnie unikać na swoim talerzu, a także czym zastąpić np. słodycze, kiedy ochota na choć kostkę czekolady ciągnie nas jak małe dziecko do zabawek.

Też chcesz się tego dowiedzieć? W takim razie zapraszam do słuchania!

W odcinku Jak żyć zdrowo z Anną Krasucką, rozmawiamy o tym:

  • jak zaczęła się jej kariera zawodowa;
  • co skłoniło ją do opuszczenia świata dużego biznesu;
  • co zmieniła w jej życiu podróż do Tajlandii;
  • jak trafiła na medycynę chińską i co ją w niej zafascynowało;
  • na czym polega tradycyjna medycyna chińska;
  • czym różni się medycyna chińska, od medycyny akademickiej;
  • na czym polega i co daje Kuchnia Pięciu Przemian;
  • jak odróżnić złe nawyki od potrzeb organizmu;
  • jak odnaleźć swoją drogę w natłoku porad dietetycznych;
  • gdzie jest złoty środek, pomiędzy odpuszczaniem sobie, a przesuwaniem własnych granic;
  • czy trzeba rezygnować z alkoholu, żeby żyć zdrowo;
  • jakie są trzy niedoceniane, a cenne pokarmy;
  • od czego zacząć dbanie o zdrową dietę?

Hipokrates powiedział kiedyś, że przyroda jest lekarstwem dla wszystkich chorób.

I tak jak on podsumował istotę leczenia, tak moim zdaniem, ten cytat idealnie podsumowuje moją rozmowę z Anią i istotę tradycyjnej medycyny chińskiej.

Okazuje się, że otaczający nas świat jest jedną wielką apteką, a dogłębne i uważne obserwowanie swojego ciała może pomóc w trafnej diagnozie zaburzeń zdrowotnych już na najwcześniejszym etapie.

Jestem niesamowicie wdzięczna Ani, za szerzenie tak wartościowej wiedzy. Sprawdziłam na sobie i wiem, że promowany przez nią sposób odżywiania, to nie jest kolejna dieta na pozbycie się boczków w 30 dni, ale uniwersalne podejście, na którym można oprzeć swoje życie.

Ja skorzystałam i będę kontynuować. A Ty?

Do usłyszenia w kolejnym odcinku!

Osoby i miejsca wspomniane w rozmowie:

Więcej o Annie Krasuckiej znajdziesz tutaj:

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Witam bardzo serdecznie w podcaście Napędzany marzeniami. Cieszę się, że przyjęłaś zaproszenie.

Dziękuję bardzo za zaproszenie.

Poznałyśmy się, sprawdziłam w 2011 roku, więc za chwilkę to będzie jedenaście lat. Uczestniczyłam w trzech twoich warsztatach, wykładach. To były dwa razy warsztaty o zdrowym gotowaniu dla dzieci i o szybkim gotowaniu – szybkim, czyli zdrowe potrawy 15 minut. Trzecie to był wykład o wypieku chleba. I potem nie miałyśmy kontaktu właściwie takiego osobistego, ja cały czas czuję, że ty ze mną jesteś na dwa sposoby – poprzez twoje newslettery i media społecznościowe, a po drugie poprzez jaglankę, która została ze mną po prostu na stałe.

Jadam ją trzy razy w tygodniu na śniadanie. Dzisiaj też, od tego zaczął się mój dzień. Także naprawdę te dziewięć lat sprawiło, że czuję, że jesteś mi bliska właśnie poprzez to jedzenie. Będziemy o tym sporo dziś rozmawiać. Ale na start chciałabym cię zapytać o początki, bo to nie jest, tak że ty od zawsze byłaś doradcą żywieniowym, dietetykiem. Tylko na początku skończyłaś studia bardziej w kierunku takim biznesowym. I tak jak rozumiem bardziej wiązałaś swoją drogę zawodową z biznesem i w którymś momencie to się zmieniło. Jakbyś mogła nam opowiedzieć jak to się stało?

Tak, rzeczywiście! Poszłam klasycznie na studia po liceum, po maturze. Studiowałam w Niemczech, studia zrobiłam też we Francji i w Stanach. I chyba moje pokolenie jest takim, kiedy to, największym osiągnięciem życiowym było trafić do jakiejś wielkiej firmy. Pracować i zarabiać pieniądze. I rzeczywiście ja studiowałem w Niemczech kulturoznawstwo, ale to było inne kulturoznawstwo niż w Polsce. Było takie właśnie powiązane trochę z biznesem, z prawem, musiałam znać kilka języków obcych i w związku z tym wykształceniem, które miałam później, z praktykami, które podejmowałam w czasie studiów trafiłam do firmy do działu marketingu. Robiłam najpierw trainee program i później pracowałam w dziale marketingu. Przyznam ci się, że sprzedawałam wtedy słodycze!

O kurczę!

Naprawdę. To jest niesamowita droga, ponieważ ja m.in. byłam odpowiedzialna za markę, która mówiła: “Jeżeli kochasz swoje dziecko, to daj mu to, co najlepsze”. I właśnie witaminki, soczek. Coś w cukierkach. Owszem, witaminki i soczek był natomiast jako pierwszy składnik – bo oczywiście dzisiaj czytam wszystko, cały skład produktów, które kupuję – więc jako pierwszy składnik, czyli najwięcej było cukru. Także zobacz jaka ciekawa droga za mną. Nie byłam wtedy tego zupełnie świadoma.

I jak to się stało, że uświadomiłaś sobie, że co innego jest ważne w życiu?

No właśnie droga była taka, że pracowałam w tej firmie przez trzy lata. Później wróciłam do Polski i w Polsce też zetknąłem się od razu z biznesem, bo nie znałam nawet innej drogi. Powiem tak: czułam, że coś innego jest mi pisane, ale ja w ogóle nie wiedziałam gdzie i co. Byłam trochę jakby po omacku w związku z tym – po prostu żyłam. Nie wiem, czy można powiedzieć, że żyłam nieświadomie, świadomie. Nawet tego nie próbuję jakoś nazwać.
Po prostu żyłam w takich realiach, jakie wtedy były więc próbowałam podjąć wtedy współpracę z jedną z niemieckich firm. Skończyło się tak, że jednak otworzyłam własną działalność gospodarczą. Zrobiłam wtedy tłumacza przysięgłego języka niemieckiego i zaczęłam działać też z pewną organizacją pracodawców i organizowałam konferencje, seminaria dla firm i w ten sposób spotkałam się cały czas jeszcze z biznesem. No i co? Byłam cały czas sobą. W biznesie różnie to bywało, bo czasami ludzie odgrywali różne gry. Nie wiem.

Rozmowy były takie dosyć sztuczne a ja po prostu nie wiem serca czy z tej naturalności mówiłam takie rzeczy, które może powinno się zachowywać dla siebie albo w ogóle nawet nie rozmawiać na te tematy, bo się o tym w biznesie nie rozmawia. Wtedy tak myślałam. Natomiast nadal uważam, że można być sobą pracując w biznesie. Dzisiaj mam takie spojrzenie. I co się stało?

Moim marzeniem od lat było podróżowanie i to była pierwsza moja podróż do Azji gdzie pojechałam z przyjacielem. To był szczyt marzeń, żeby pojechać do takiego kraju jak Tajlandia. To był rok 2004 i plan był taki, żeby tam podróżować tylko z przewodnikiem w ręku. Podróżowaliśmy tam gdzie chcieliśmy, zatrzymywaliśmy się też tam gdzie chcieliśmy, na jak długo chcieliśmy. Sami sobie to wszystko organizowaliśmy. No i pod koniec naszej podróży, niestety, ale dopadło nas tsunami – to słynne tsunami z 2004 roku. Sama nie byłam tak mocno poszkodowana, ale jednak mój przyjaciel był bardzo poszkodowany. Można powiedzieć, że narażając swoje życie uratowałam życie jemu..
Całą tę historię w dziesiątą rocznicę tych wydarzeń opublikowałam na mojej stronie internetowej jako „Tsunami – moje drugie życie”, bo rzeczywiście uznaję ten punkt – czyli 26 grudnia 2004 roku za moment moich nowych narodzin, ponieważ dużo ludzi wokół mnie zginęło. To więc, że ja przeżyłam, uznaję za cud. W tej historii napisałam, że widocznie mam żyć. Więc zaczęłam myśleć o kraju, w którym mam żyć. Dlaczego?

Drugie pytanie, które sobie zadałam: „Czy gdybym zginęła w tym momencie, czy moje życie było spełnione? Czy ja żyłam tak jak chciałam? Robiłam to co chciałam? Czy naprawdę to życie miało sens dla mnie?”. Odpowiedziałam sobie na to pytanie – to było bardzo trudne dla mnie. Odpowiedziałam sobie, że nie.

Drugie pytanie, które sobie zadałam: „Czy gdybym zginęła w tym momencie, czy moje życie było spełnione? Czy ja żyłam tak jak chciałam? Robiłam to co chciałam? Czy naprawdę to życie miało sens dla mnie?”. Odpowiedziałam sobie na to pytanie – to było bardzo trudne dla mnie. Odpowiedziałam sobie, że nie. Że jednak to, co robię – owszem jestem sobą mam pozytywne nastawienie do życia, wszystko jest niby fajnie, ale jednak gdzieś nie jest to moje miejsce. Bezpośredni splot wydarzeń spowodował właśnie – poprzez historię tsunami spotkałam osobę, która mi powiedziała o medycynie chińskiej.
Powiem ci, że ja już wcześniej w 92 albo 93 spotkałam się w Niemczech z medycyną chińską, ale widocznie to nie był jeszcze czas dla mnie, kiedy mogłabym rozwijać się w tej dziedzinie. Natomiast czas tsunami to był chyba taki czas właśnie przełomu, kiedy już byłam otwarta na to żeby pójść za tym głosem i wtedy poznałam nauczyciela. I tak to się zaczęło. Później poznałam kolejnego nauczyciela czy nauczycielkę, u której skończyłam dietetykę leczniczą według medycyny chińskiej no i jednocześnie zaczęłam budować akademię. Cały czas pracując w biznesie, ponieważ akademię traktowałam trochę jak przygodę, jak przyjemność, jak odskocznię. Jak coś, co daje mi taki napęd. Też coś, gdzie ja się zaczęłam odnajdywać.

Natomiast biznes oczywiście i cały czas to podkreślam: dla osób które, chcą zmienić swoją ścieżkę kariery. Pamiętaj! Nie rzuca tego, co masz! Szanuj i doceniaj to, co masz, ponieważ moja praca dawała po prostu mi środki finansowe do utrzymania. Natomiast Akademia nie byłaby w stanie wtedy na początku tego zrobić i co by to spowodowało? Tylko frustrację wewnętrzną. I wcale nie mogłabym się rozwijać, a tak stać mnie było również na kursy, warsztaty w tej dziedzinie. Jak doszłam trochę dwutorowo i Akademia zaczynała się powoli rozwijać – i nie pamiętam nawet już ile lat temu to było, ale rzeczywiście trzeba było podjąć decyzję pójścia jedną drogą.
Dwie drogi to już w pewnym momencie zrobiło się za dużo, a też to, czego uczę jest żeby dbać o siebie, nie nadwyrężać też swoich sił życiowych, swojego potencjału. Pomyślałam więc sobie: „Okej, to jest też czas, kiedy po prostu można zrezygnować z jednej ścieżki i pójść już tylko wybraną”. I tak się też stało.

A na czym polega tradycyjna medycyna chińska?

To jest przepiękna historia, uważam. Ponieważ medycyna chińska zachwyciła mnie dlatego, że po pierwsze: wszystko, o czym mówi medycyna chińska, to jest życie w zgodzie z naturą. Pochodzę z Pomorza z okolic Borów Tucholskich, gdzie moi rodzice i ja dzieciństwa po prostu żyliśmy w zgodzie z naturą. Zawsze był ten ogród babć, obie na wsiach mieszkały, więc w te wakacje czy nawet w ciągu roku ciągle się jeździło do lasu na zbieranie grzybów, zbieranie jagód, pielenie w ogródku. Pomaganie rodzicom. Moi rodzice mieli taką małą plantację porzeczki czerwonej – co akurat nie było przyjemnością, ale jednak to zetknięcie z naturą było.

Ta natura i te prawa natury były mi bardzo bliskie. I to jest coś co było pierwszym takim zachęcający punktem w medycynie chińskiej. Kolejną rzeczą jest to, że dla mnie tradycyjna medycyna chińska jest po prostu bardzo logiczna, czyli tłumaczy całościowe podejście do człowieka. Nie ma czegoś takiego jak poćwiartowanie. Że tutaj patrzymy oddzielnie na skórę, tu patrzymy oddzielnie na psychikę, tu oddzielnie na układ krwionośny, tu oddzielnie na układ trawienny i tak dalej, i tak dalej. Tylko człowiek jest w medycynie chińskiej całością. To jest tzw. holistyczne podejście. I to mi się bardzo spodobało, ponieważ ja się czuję całością i widzę – medycyna chińska mi pokazała, że to, że dzieje się coś na skórze na pewno ma jakieś powiązanie z tym, co dzieje się w organizmie, w organach czy może w psychice.

Widzę więc to całe połączenie i oczywiście wiedza jest tak głęboka, że ja myślę, że będę się uczyć do końca życia i jeszcze nie poznam! Tego wszystkiego się po prostu nie da, bo człowiek jest taką głębią. I to wszystko, co wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie to jest taka głębia! Także fascynacja medycyną chińską trwa nadal i to jest jak cały czas jak miłość od pierwszego wejrzenia. Chyba mogę to tak nazwać.

Brzmi pięknie. Zadaję sobie pytanie – tam jest słowo medycyna. Na czym polega ta medycyna? Czy tam są leki w tym podejściu czy nie? Czy to są tylko zioła i odpowiednie pożywienie? Jeśli są leki to jak one się mają do tych leków które są stosowane w akademickim leczeniu?

Medycyna chińska i to jest różnica, jeśli między tą a akademicką, stawia na profilaktykę, czyli zapobieganie chorobom. Także to też mi się spodobało w niej, że my dbamy o siebie, żeby nie zachorować. Kiedyś np. w starożytnych Chinach płacono lekarzowi, bo był zawsze na każdą wieś był lekarz, także na dworze cesarza był lekarz, któremu płacono do momentu, kiedy wieś nie chorowała. Czyli kiedy nikt nie chorował. Natomiast w momencie, kiedy zaczynał ktoś chorować przestano płacić lekarzowi, aż on spowodował, że ta osoba wyzdrowiała i znowu wszyscy żyli w dobrostanie byli witalni.
To jest ogromna różnica w stosunku do naszej akademickiej medycyny, bo u nas lekarzowi jest płacone za jego pracę, kiedy on leczy. Chcę od razu tu podkreślić, że uważam, zresztą nie tylko ja, ale w ogóle w gronie moich koleżanek i kolegów po fachu, że medycyna, która jest połączeniem medycyny akademickiej z tradycyjną np. medycyną chińską ma przyszłość.

Zwracajmy uwagę na to – uczmy, edukujmy społeczeństwo jak dbać o siebie, żeby nie chorować.

Zwracajmy uwagę na to – uczmy, edukujmy społeczeństwo jak dbać o siebie, żeby nie chorować. Natomiast jeżeli się zdarzy już jakaś choroba – co się zawsze może zdarzyć, bo to nie jest sztuka, żeby nie chorować, tylko żeby jak najszybciej potrafić wyjść z tej choroby – żeby pomóc organizmowi, żeby on potrafił sobie poradzić. Bo organizm ma sobie sam radzić z tym, żeby wyzdrowieć. I myślę sobie, że tu jest ogromne pole do popisu do tzw. medycyny integracyjnej.

Wracając jeszcze do twojego pytania: podstawą w tradycyjnej medycynie chińskiej to jest dietetyka, czyli to żeby zadbać o swój jadłospis. To, co kładziemy na stół, to co pijemy. W jaki sposób my to czynimy. Czy my jemy w spokoju czy w pędzie czy jemy regularne posiłki czy te posiłki są dostosowane np. do pory roku do klimatu, w jakim żyjemy. Tutaj każdy dobry lekarz czy terapeuta tradycyjnej medycyny chińskiej powie o tym jako pierwsze zalecenie, żeby zwrócić uwagę właśnie na swój sposób żywienia. Dalej, jeżeli natomiast dzieje się już coś u pacjenta to wtedy można sięgnąć po zioła chińskie i one w dzisiejszych czasach już też są albo takie, że możemy parzyć, gotować, czyli są w postaci suszonej – ale nie w kapsułkach! Ale jest też postać gdzie można skorzystać z kapsułek.

Jest też akupunktura, to jest kolejny sposób stymulacji prawidłowego przepływu energii w organizmie. Ćwiczenia oczywiście, czy takie zdrowe podejście do stylu życia, oddech, stan emocjonalny, czyli też odskocznia, też ten balans pomiędzy pracą a odpoczywaniem. To wszystko to jest medycyna chińska.

Jak to się ma już do akademickiej? Tak to się ma, że lekarstwa, które są w medycynie akademickiej, też powstały z ziół – na bazie ziół. Przecież Hipokrates jestem ojcem medycyny i on mówił o ziołach. Leczenie więc odbywało się na bazie ziół. Później farmacja poszła w taką stronę, że te lekarstwa zaczęły być produkowane z komponentów syntetycznych. Trochę odeszliśmy od natury. Natomiast to działanie jest tak jakbyśmy zioła zaparzyli.. Natomiast jaki to ma skutek? Jednak ma to skutki uboczne dla np. różnych organów. Bierzemy na nadciśnienie, a ma to skutek uboczny na coś tam, prawda. Tu jest ta różnica.

Myślę, że bardzo dobrze, że powiedziałaś o tym, że jedno nie zastępuje drugiego, że oba podejścia będą najlepsze, żeby czerpać z jednego i drugiego, żeby były jak najlepsze skutki dla nas. I dlaczego to jest ważne, bo chyba część osób – może kiedyś tak myślałam – część osób może się obawiać właśnie takiego podejścia tradycyjnego, że użyję tego słowa: że może trochę szarlataństwo. I że myślą, że się odrzuca tę całą myśl naukową, która przez te lata się zgromadziła.

Mogę Ci przerwać?

Jasne!

Bardzo fajnie, że to powiedziałaś. Tak rzeczywiście jest. Sama też się spotykam z osobami, które zadają sobie takie pytania i ja rozwiewam to w ten sposób, że spójrzmy na to, że lekarze kiedyś – klasyczni, czyli akademiccy lekarze o wiele bardziej zwracali uwagę na nasz styl życia.

Czyli mówiono proszę być na świeżym powietrzu, proszę odpowiednie pokarmy. Nawet szczegółowiej o tym mówiono niż dzieje się to dzisiaj. Dzisiaj jednak poszliśmy trochę bardziej w farmakologię, a nie w to, żeby najpierw zadbać o dobrostan od strony takiej, że to pacjent musi wziąć swoje zdrowie we własne ręce, a nie dawać całą odpowiedzialność lekarzowi.
I rzeczywiście najpierw my możemy zadbać – przecież tyle chorób jak cukrzyca nadciśnienie czy w ogóle wszystkie choroby cywilizacyjne. One zaczynają się właśnie, bo my zmieniliśmy styl życia a kiedyś na to zwracano uwagę – i to byli lekarze. Taki fajny przykład zawsze podaję na warsztatach, że pediatra kiedyś pytał: o co? Co było pierwszym pytaniem jak dziecko zaczęło chorować? Pytał jak wygląda kupa, prawda? Jak pachnie? Co w niej jest? Jak ona wygląda?

Zobacz, to jest od razu przykład na to, że pokazywał czy dziecko zjadło coś nie tak co tam się działo jak działają organy jak działa układ trawienny. Więc to jest natura! A to jest lekarz akademicki. I dzisiaj jeszcze lekarze starej daty pytają o takie rzeczy. Przede wszystkim Kiedyś lekarz też miał więcej czasu dla pacjenta a dzisiaj lekarz jest przede wszystkim z komputerem bo on musi wypełniać różne formularze i on praktycznie nie patrzy na tego pacjenta, a przecież na twarzy już wiele rzeczy widać.

Potwierdzam! To też widzę po prostu po sobie. Mam pewne problemy skórne, atopowe zapalenie skóry. Już się nauczyłam i wiem, że to jest związane z tym co jem i ze stresem. Pojawia się w takich momentach podwyższonego stresu. W życiu także widzę bardzo silną powiązanie właśnie tych aspektów.
Powiedziałaś też o tym przykładzie właśnie, że w Chinach kiedyś – ciekawe zresztą czy to jest wciąż – płacono lekarzom za to, żeby utrzymywali ludzi w zdrowiu. Czytałam artykuł jakoś w ostatnich tygodniach na ten temat. Jest w jednym europejskim kraju właśnie podobny system, że płaci się określoną kwotę po prostu za liczbę podopiecznych danego lekarza. Nieważne czy są chorzy czy nie, ale dzięki takiemu podejściu lekarz jest zmotywowany do tego, żeby zapobiegać właśnie i żeby było jak najmniej tych droższych procedur leczniczych, językiem formalnym się posługując. Zastanawia mnie, dlaczego kurczę to jest tak biednym kraju prawda, bo to brzmi tak logicznie, że to byłoby z korzyścią absolutnie dla wszystkich. Nie wiem!

Trudna odpowiedź, myślę!

To przez chwilę rozmawiałyśmy o tradycyjnej medycynie chińskiej. A ja bym chciała przejść tak głębiej do tego tematu jedzenia, czyli do Pięciu Smaków. Twoja firma, bo tak to powinnam nazwać, nazywa się Pięć Smaków. Jak się to podejście ma do tradycyjnej medycyny chińskiej na czym polega w ogóle polega ta kuchnia Pięciu Przemian?

Kuchnia pięciu przemian przede wszystkim polega na tym, żeby jeść w zgodzie z porami roku, w zgodzie z klimatem, w którym żyjemy. Oczywiście ja mówię też o lokalności produktów, żebyśmy spożywali te, które w miarę rosną w naszej strefie klimatycznej. No i też przede wszystkim dostosowanie pokarmu do samopoczucia.

Kuchnia pięciu przemian przede wszystkim polega na tym, żeby jeść w zgodzie z porami roku, w zgodzie z klimatem, w którym żyjemy. Oczywiście ja mówię też o lokalności produktów, żebyśmy spożywali te, które w miarę rosną w naszej strefie klimatycznej. No i też przede wszystkim dostosowanie pokarmu do samopoczucia.

Jak chcę czekolady to mogę jeść czekoladę?

Właśnie i to jest bardzo dobre Asiu co powiedziałaś, o czekoladzie. Ponieważ musimy rozróżnić dwie kwestie, a mianowicie jakie potrzeby ma mój organizm i my jesteśmy w stanie tak na prawdziwe potrzeby dotrzeć, kiedy ten organizm jest w miarę zrównoważony. Wtedy na przykład jak nam się chce coś słodkiego, tak jak powiedziałaś, no to ja już wiem, okej, muszę zadbać o to, by dostarczyć sobie produktów słodkich naturalnie, które wzmocnią mój układ trawienny – a szczególnie mówimy o śledzionie. Natomiast nie cukier – podbije na chwilę ten poziom insuliny, na chwilę da mi energię, ale jeżeli ja już jestem świadoma to ja wiem że jak mam zachcianki na słodkie, że powinnam zadbać o mój jadłospis.
Na przykład kasza, warzywa, w dużej mierze może orzechy i może tłuszcze. Oleje, masło, jajka – to są produkty, które będą mnie wzmacniać. Ciekawostką jest to, że po warsztatach jeszcze dwa tygodnie ten organizm zaczyna się tam równoważyć. Uczestnicy potrzebują dwóch tygodni, żeby przetrwać zachcianki i na słodkie.

Natomiast z tą czekoladą powiem, że czekolada to też pewien nawyk może być. Nawet musimy odróżnić potrzeby organizmu od nawyku, bo nawet ja mam od razu ci powiem – ja byłam zależna od czekolady. Ileś lat do tyłu, przychodziła godzina czwarta po południu. Widziałam w mojej szufladzie – była odpowiednia marka czekolady, bo byłam bardzo wybredna. Musiałam sobie jedną, dwie, trzy kosteczki czekolady zjeść. No i byłam zaspokojona. To był nawyk.
Jak zaczynasz zwracać uwagę na to co jesz, to zaczynasz wyczuwać jakby nowe tory i twój organizm zaczyna się równoważyć. I rzeczywiście nie ma tych zachcianek, nie ma tych rzutów, że mi się nagle chce to, a nagle i tak dalej.

A, jak i jak to zrobić, żeby to zauważyć? Modne są też posty, oczyszczanie. Czy to jest ta droga, żeby przejść najpierw taki proces? I wtedy i po takim procesie już to, co będziemy czuć, to będą to bardziej naturalne potrzeby organizmu, a nie ten nawyk? Czy jakąś inną masz radę?

Owszem, można zacząć od oczyszczania. Natomiast ja uważam, że każdy moment jest dobry. Oczyszczanie zazwyczaj robimy na wiosnę – ja prowadzę dwa wyjazdy oczyszczające na wiosnę, jest to takie fajne doładowanie. Uczestnicy po takich wyjazdach właśnie – jak to piszą mi, że cały czas czują dopływ energii, że chce mi się znowu żyć. Że w oczach jest ta siła, inne myślenie, klarowne, ten organizm jest lżejszy. Nie mówię tu o schudnięciu, ale samopoczuciu.

Można zacząć od oczyszczania na wiosnę lub latem. Natomiast w każdym momencie można zacząć zmieniać, małymi krokami to, co się kładzie na talerz. Tutaj zaczęła już od tego, żeby stosować produkty naturalne, a nie przetworzone. Jeżeli do tej pory jadłam McDonalda załóżmy albo frytki, albo jakieś kanapki i na szybko robione gdzieś w mieście to może teraz zacznę chociaż jeden posiłek dziennie gotować. To może być śniadanie, to może być kolacja, a może być zupa, którą zabiera ze sobą w termosie. Powiem tak: każdy zna siebie albo powinien siebie poznawać, co dla niego dobre. Czy to jest droga małych kroków? Czy to jest droga drastycznego odcięcia i mówienia od dzisiaj pół lodówki wyrzucam i zaczynam zdrowy styl życia. Czy rzeczywiście – spokojnie, powoli, zjem najpierw wszystko to, co mam w lodówce, ale zacznę sobie przygotowywać np. owsiankę, jaglankę na śniadanie albo zrobić sobie zupę do pracy, albo zrobię ciepłą kolację. Spożyję ją razem z moimi członkami rodziny. To zależy od człowieka.

No właśnie, bo to jest tak, że ja w którymś momencie – też się do czegoś przyznam. Teraz w ogóle nie potrafię wyobrazić jak to się mogło dziać, ale ja na studiach jadłam zupki chińskie, czyli te zupki klucze, które się zalewają wodą. To było straszne. Ze wstydem myślę o tym!

Każdy chyba ma ten etap za sobą, ja też!

Okej, no to teraz mi raźniej. I w którymś momencie zrozumiałam – nie wiem, bo przychodzi troszeczkę z wiekiem, z jakąś świadomością rozmowami lub czytaniem różnych rzeczy. Rozumiem, że to było złe, że chcę iść w kierunku bardziej zdrowego stylu życia. I myślę, że idę tymi małymi krokami, ale wciąż mam takie poczucie czasem, że robię za mało, bo przecież, żeby tak żyć w pełni naturalnie no to właśnie powinnam wszystko sobie gotować, kupować od lokalnych rolników.

Że przykładowo gotować zgodnie z tą zasadą pięciu przemian, że wiem, nie powinnam używać cukru w ogóle. Tak najlepiej jeszcze, żeby nie stosować detergentów, kosmetyki to ekosmetyki, a jeszcze ćwiczenia, medytacja, mindfulness i tak dalej. Robi się tego tak dużo, że czuję się przytłoczona. Myślę, że to też może powodować, że niektórzy chcieliby, ale się blokują, bo tego jest tak dużo i tak dużo rad tak dużo różnych rad odnośnie do samego jedzenia. Jest dużo, różnych kierunków diet. Jak sobie z tym poradzić, jeśli ktoś czuje się tak totalnie przytoczony? Co byś poradziła?

Wspaniale, że tym mówisz. Widzę to też u uczestników, którzy przychodzą na warsztat – później kolejny, kolejny. Później przez jakiś czas ich nie widzę, później znowu wracają i mówią: „Ania, znowu zaczynam od początku”.

Zawsze możesz zacząć od początku. I to jest właśnie to, że my stawiamy zbyt wysoką poprzeczkę. Tak jak powiedziałam wcześniej – każdy powinien próbować dostosować się do moich możliwości, swojego stanu zdrowia, psychiki.

Zawsze możesz zacząć od początku. I to jest właśnie to, że my stawiamy zbyt wysoką poprzeczkę. Tak jak powiedziałam wcześniej – każdy powinien próbować dostosować się do moich możliwości, swojego stanu zdrowia, psychiki. Pierwszą podstawową rzeczą jest słuchanie swojego organizmu, że jeżeli tu mi mówią – muszę biegać, załóżmy. Czy możecie zacząć teraz aerobik, step, nie wiadomo co jeszcze. Ja nie mam ochoty. Są kobiety, które przychodzą i mówią: „Ania, wiesz co, wracam z pracy, jestem wypompowana. No ale jeszcze na moim planie jest, że muszę sobie pół godziny odpracować”. Mówię: „Co robisz?”, „No po prostu robię! Jestem padnięta, ale robię to!”. Odpowiadam: „Widzisz! To wykraczasz przeciwko swojemu organizmowi, bo twój organizm już nie ma siły na takie wypociny. Lepsze to byś zrobiła w tym momencie to po prostu poszła spać. A jak pójdziesz wcześniej spać to wstaniesz wcześniej i może rano też ci się uda zrobić. A jak nie tego dnia to może następnego dnia!”.Natomiast oczywiście ważne jest, żeby nie popłynąć. „A, powiedziała, że mam sobie odpuścić, to sobie odpuszczam!”. Jakąś tam dyscyplinę w życiu dobrze mieć. Dla dobrego samopoczucia natomiast nic nie robimy ponad siły i możliwości swojego ciała, twojego organizmu i psychiki. Jeżeli ty mówisz o cukrze, owszem u mnie na warsztatach nie ma cukru.

Natomiast ja nie lubię ortodoksji i zawsze podkreślam: pamiętaj, że jest dla ludzi. Jeżeli grzeszysz to rób to z pełną przyjemnością, żeby ten grzech się chociaż opłacał! Natomiast pamiętajmy też, że grzech, jeżeli staje się codziennością, to już nie jest grzechem, tylko staje się nawykiem.

Natomiast ja nie lubię ortodoksji i zawsze podkreślam: pamiętaj, że jest dla ludzi. Jeżeli grzeszysz to rób to z pełną przyjemnością, żeby ten grzech się chociaż opłacał! Natomiast pamiętajmy też, że grzech, jeżeli staje się codziennością, to już nie jest grzechem, tylko staje się nawykiem. W związku z tym grzech jest od czasu do czasu i cukier, jeżeli nawet zdarzy się od czasu do czasu to jest w porządku. Ten organizm poradzi sobie też z przetworzeniem tego cukru. Więc jeżeli na co dzień jem zdrowo, a nie uda nam się raz ugotować zupy, drugi raz to nic się nie dzieje, nie stanie się tragedia. Najważniejsze: nie robić wyrzutów sumienia. Wyrzuty sumienia powodują, że się zaciśniemy. Organizm po prostu powie: „Nie mogę, rzeczywiście nie udaje mi się, jestem do bani w ogóle”. Nie rób sobie tego! Na pewno trzeba pozostać rozluźnionym i mówić: okej! Małe kroczki, idziemy do przodu.

Trawię, trawię to co powiedziałaś – trawię też w kontekście rozmów z innymi gośćmi. Bo to też jest takie podejście, że – przytoczę takie słowa, że ograniczenia są tylko w głowie. Albo, że twoje ciało może więcej niż mówi ci twój umysł. I właściwie ja się zgadzam z tym co mówią właśnie ci inni goście i z tym i z tym, co mówisz ty – i tak sobie układam to w głowie, że gdzieś pojawia się takie hasło: zdrowy rozsądek.

I takie myślenie, że faktycznie – okej ja też sprawdziłam na sobie, że może moje ciało może więcej niż mówi mi mój umysł, bo ja trochę biegam, ale trochę biegam. Tyle ile z jednej strony czuję, że mogę, ale właściwie biegam trochę więcej niż mój umysł pozwala – ja wiem, że ja mogę więcej i właściwie mam satysfakcję. Przebieg gry to więcej tak że, jak nie kończę na tym biegu nie wiem po pół godzinie tylko jednak te 45 minut do biegnę. Właśnie o to chyba chodzi. Każdy musi gdzieś tam dojść i zrozumieć, czy on chce tak. W którą stronę pójść, żeby z jednej strony nie popaść właśnie, nie odpuścić sobie totalnie, ale z drugiej strony też nie postawić sobie tak wysoko poprzeczki, że to go zniszczy.

To demotywuje. A demotywacja powoduje, że już nie będziesz chciała spróbować ponownie, ponieważ pomyślisz: „Ja jestem do niczego, za to się biorę to nie wychodzi” i tak dalej. Nie o to chodzi w życiu. Naprawdę uważam, że powinniśmy mieć takie luźne podejście. My generalnie jesteśmy społeczeństwem, które jest bardzo napięte. Ma bardzo dużo takich emocji i w jedną, i w drugą stronę. Najważniejszy jest ten luz i słuchanie siebie. Jak ty powiedziałaś: ciało może więcej niż mówi umysł.

Owszem tylko czasami jest tak, że ciało może więcej, jest gotowe na sytuacje trudne, podbramkowe. Wtedy w takich sytuacjach rzeczywiście przechodzimy nawet tę barierę tę granicę. Natomiast na co dzień róbmy to co sprawia nam przyjemność, oczywiście z zachowaniem pewnej świadomości, że jeżeli nagminnie jem czekoladę, ona mi sprawia przyjemność, ale zastanów się: może mniej tej słodkiej czekolady mlecznej. Może zamień na gorzką? Może zacznij troszeczkę mniejszą ilość tej czekolady. A później może się okazać – ja nadal kocham np. czekoladę, ale ona już nie jest moim uzależniaczem. Dzisiaj to ja decyduję, a nie ona. Że ja ją dzisiaj mam ochotę zjeść, ja nie jem jej codziennie.
Bo my później – jak zaczynamy jeść codziennie, wpadamy w takie tory na zasadzie „Dzisiaj urodziny u cioci, jutro wesele, ale jeszcze ja upiekę ciasto”. Zaczynamy płynąć – właściwie ten cukier nas uzależnia, bo… Cukier uzależnia! Wtedy jest nam o wiele trudniej. Natomiast jeśli powiesz sobie „Okej, powoli zaczynam sobie zmniejszać, ale będę sobie wracać”… Wiesz nie robisz sobie takiego zakazu, bo zakaz to oczywiście najbardziej smakuje tak naprawdę. Dlatego ja zawsze uczestnikom mówię: „Pamiętaj, ja niczego wam nie zakazuję. Natomiast dostosuj to co jesz do twoich możliwości trawiennych przede wszystkim. Samopoczucia. Żebyś ty po danym posiłku czuła się najedzona, ale nie osłabiona. Nie ospała”. Ile osób po posiłku śpi! Ile osób w firmach po obiedzie, w firmach, przed komputerem jest jak takie zombie! Chętnie by się położyli spać. To świadczy o tym, że masz osłabiony układ trawienny i że twój posiłek był ciężki, zbyt ciężkostrawny. Warto by zrobić, żebyś mogła się dobrze czuć tu chodzi o komfort życia.

Fajnie powiedziałaś z czekoladą, że teraz to ja decyduję, a nie ona i myślę, że w różnych aspektach to właśnie chodzi o to. Żeby to nie decydował albo ktoś za nas, albo właśnie ten organizm, który potrzebuje – bo ma ten nawyk. Że on codziennie o tej czwartej tej czekolady po prostu się domaga. To jest chyba tak jakby ta sztuka, żeby nauczyć się tak świadomie słuchać siebie i decydować.
No właśnie. Dobre to, jak się już nauczymy tak świadomie decydować – to jak my powinniśmy podchodzić do tematu alkoholu?

Alkohol też jest dla ludzi. Powiem ci tak: zawsze podkreślam, że uczmy się może jakie działanie ma dany pokarm. Czyli taka świadomość, taka nauka jest bardzo dobra. Wtedy możesz łatwiej dobierać produkty do twojego stanu do twojego samopoczucia, do pory roku do nawet dnia pory dnia. Więc alkohol jest produktem – jeszcze zależy jaki wysokoprocentowy – jest produktem silnie rozgrzewającym.

Już nie mówię o procentach co on robi w naszym umyśle. Na razie skupmy się na tym co robi w całym organizmie. W pierwszym momencie natomiast może spowodować też wypocenie, czyli przy alkoholu jak go więcej pijemy zaczynamy się nadmiernie pocić, co spowoduje w efekcie, że się zaczynamy schładzać – czyli on nas ochłodzi, wyziębi. To jest jedna rzecz.
Jeżeli pijemy np. piwo. Piwo jest alkoholem wysokoprocentowym i też powstaje na bazie chmielu, jeżeli takie piwo pijemy. Chmiel ma działanie wyciszające, wręcz usypiające. Może więc to spowodować. U mnie na przykład piwo właśnie ma takie działanie. Wypiję pół szklanki piwa i ja już mogę iść spać. Także mnie bardzo łatwo wycisza, taki alkohol, tym bardziej że ja po prostu mało piję.

Dla organizmu pewnie to jest jeszcze taka silniejsza dawka, bo organizm nie jest przyzwyczajony do alkoholu. Natomiast np. wino białe będzie nas też schładzać, a wino czerwone będzie nas też lekko rozgrzewać. I nawet powiedziałabym zarówno wino czerwone, jak i alkohol wysokoprocentowy u osób, które są tzw. nadmiarowe, w medycynie chińskiej mówimy, czyli osoby, które mają czerwoną twarz jest im gorąco. Rozpinają się, chodzą w krótkim rękawku i w szortach zimą. To są osoby, które mają tzw. dużo gorąca w swoim organizmie. I rzeczywiście alkohol typu wino czerwone i alkohol wysokoprocentowy będzie podbijał to gorąco. Że tym osobom będzie jeszcze bardziej gorąco i w ten sposób one mogą się troszeczkę nawet spalać, co może też prowadzić do takich chorób jak udar czy zawał serca, bo już jest nadmiar gorąca. To tak to może być, ale tak jak mówię: alkohol jest dla ludzi. Są też nalewki ziołowe.

Będę we wrześniu prowadziła wyjazd „Ziołowe nalewki i wina dla zdrowotności”. Natomiast żeby taka nalewka była dobra dla zdrowia to pije jej się tylko troszeczkę, może kilka kropli, może łyżeczkę, może, pół kieliszka małego. Dlaczego w ogóle alkohol w tych kwestiach jest też dobry? Ponieważ niektóre substancje czynne rozpuszcza się tylko w alkoholu i alkohol wyciąga z nich to co jest nam potrzebne. Są też w aptekach pewne syropki, które są na alkoholu zrobione właśnie z tego powodu. Natomiast jeżeli spotykamy się w towarzystwie i pijemy po prostu drinki i tak dalej no to jest to nadal alkohol.

To już teraz, żeby zrównoważyć ten alkohol to chciałam się zapytać o takie trzy pokarmy, konkretne składniki, które są takie niedoceniane, cenne. Czyli warto byłoby je uwzględnić w tym naszym codziennym jadłospisie.

Na pewno jednym z pierwszych pokarmów, to będą wszelkiego rodzaju zupy. Jestem ich ogromną zwolenniczką, ponieważ my w ogóle żyjemy w kulturze, w tradycji zup. U nas gotowało się zupy też na śniadanie. Były to takie zalewajki czy barszcz biały, żury. One były właśnie na śniadanie jedzone z jajkiem. Może ziemniaki były do tego, może jakieś skwarki, nawet jeżeli ktoś je mięso. Może jakaś kasza jeszcze dodatkowo, może pajda chleba. Po takim posiłku ludzie musieli iść w pole pracować, więc oni musieli dostać siłę z takiego posiłku. I zobacz: to były zupy. To nie była kanapka, to nie był zimny pokarm, tylko ciepła strawa.

Kiedy rolnik czy gospodarz szedł w to gorące pole, w jego żołądku było ciepło więc on dostawał też siłę z tego pokarmu. Także: zupy! Tutaj nie chciałabym się konkretnie wyrażać, że jakaś zupa jest szczególnie wartościowa. Oczywiście grochówka – groch to jest strączek, który nas też szczególnie odżywia, ale i zupy warzywne. Krupnik, gdzie są warzywa i kasze. Też zachęcam do dodawania do różnych zup właśnie płatków czy kasz, żeby ubogacić tę zupę. Żeby to nie była taka zupa, która tam szybciutko nam przeleci i jesteśmy głodni. Zupa może być pełnowartościowe posiłkiem!
Także myślę, że jest jedno. Na pewno w naszym klimacie są za mało doceniane buraki, którym też daję wysoką rangę. Chociaż powiem ci szczerze, że trudno mi jest tak powiedzieć, że coś jest bardziej wartościowe od czegoś, bo wszystkie warzywa są bardzo – ale może skupię się na tych, które są bardziej niedoceniane.

Mówiąc prościej buraki są bardzo niedoceniane u nas. A przecież z buraków można zrobić nie tylko barszcz czerwony na Wigilię na przykład, ale można zrobić i sałatkę! Na przykład ja gotuję czy piekę buraki – zostawiam je na kilka dni, więc mam codziennie mogę je zjeść w różnej wersji. Mogę je na przykład do gulaszu dodać, do jakiejś sałatki na zimno. Sałatki na ciepło. Kwas buraczany, do którego zachęcam od lat, żeby go robić – u mnie na stronie jest przepis.

Podlinkujemy!

To jest to naturalny jod, więc jeżeli jemy ogórki i kapustę, które są wspaniałymi pokarmem też w naszej kulturze, to sięgnijmy po kolejną kiszonkę, czyli kwas buraczany. Buraki z tego kwasu możemy też używać jeszcze do sałatek czy do barszczu, nawet czerwonego.

Co będą robiły buraki? Buraki świetnie wzmacniają układ krwionośny, bardzo odbudowują krew. Dodatkowo oczyszczają układ trawienny, szczególnie jelita a zawsze podkreślam – codzienna kupa musi być! Powinniśmy się codziennie wypróżniać i załatwiać, ponieważ wtedy organizm się naturalnie oczyszcza. Jeszcze wracając do tego wątku z oczyszczaniem, o którym wcześniej powiedziałaś. Jeżeli zadbamy o codzienny stolec to ten organizm też zacznie lepiej funkcjonować bo będzie mu łatwiej się regulować.

Buraki tutaj bardzo w tym kierunku dobrze zadziałają – są też tanimi warzywami, więc nie musimy wydawać nie wiadomo jakich pieniędzy. Czasami słyszę „Ale to jedzenie jest takie drogie, to jedzenie zdrowotne!”. Absolutnie obalam ten mit. To jedzenie wcale nie jest drogie, jeżeli tylko wiesz co jeść i jak sobie przygotowywać posiłki. Czasami widzisz takie reklamy: „Kup cztery opakowania, piąte dostaniesz za darmo”. Ludzie to robią, bo reklama tak mówi, ale ty nawet nie jesteś w stanie zjeść tych czterech opakowań, a co dopiero jeszcze piąte! Dużo się wyrzuca jedzenia. Natomiast jak zwrócimy uwagę na to, żeby jedzenia nie wyrzucać, czyli z głową kupować, to wtedy to jedzenie nie okaże się wcale droższe.

Jeszcze jajka bym jeszcze dodała, jako trzeci. Jajka są cudownym pokarmem. Bardzo wzmacniającym i też można jajka robić na różne sposoby jednakowo na miękko w koszulkach, jajecznica. Sadzone na warzywach – czy nawet ja gotuję jajka na miękko i dodaję do zupy, żeby ją ubogacić. To jest też takie moje śniadanie albo obiad! Także cudowne pokarmy mamy w Polsce.

W pełni się zgadzam! A apropo tych buraków. Mnie zastanawia to, bo w supermarketach są buraki już gotowane. Czy ma sens ich kupowanie czy nie?

Trudno mi powiedzieć, ponieważ nie robiłam badań, co tam w tym buraku jeszcze zostaje. Też nie chciałabym zupełnie negować tego, ponieważ jeżeli ktoś jest osobą, która ma bardzo intensywny tryb życia i mówi „No dobra, ale mogę wybrać jakiegoś Big Maca, a mogę kupić takie buraki i one już są gotowe, tylko ja sobie je jakoś tam doprawię”, to już lepiej już te buraki gotowane.

Natomiast oczywiście zawsze najlepiej, najlepsze dla naszego zdrowia jest jedzenie na świeżo przygotowywane. Może źródło znasz tych buraków, czyli kto je uprawiał, skąd one są. Wtedy takie buraki najwięcej mają wartości. Natomiast mówię takie kompromisy typu, że gotujesz na kilka dni i sobie to albo wekujesz, albo wstawiasz do lodówki… To jest kompromis, żebyś nie wybrała byle czego albo w ogóle zrezygnowała z danego posiłku, to lepiej odgrzać, jak najbardziej.

A gdybyś – tych rad jest dużo. Jeśli ktoś chciałby zacząć tę swoją drogę ku zdrowszemu, bardziej naturalnemu życiu, to od czego powinien zacząć? Może jest jakaś książka, strony internetowe oczywiście? Polecam bardzo twoją stronę! Tam jest dużo wpisów, sekcji z artykułami – same przepisy też. Gdzie szukać inspiracji, żeby było łatwiej?

Myślę, że jednym z takich pierwszych kroków to może być dobre śniadanie, ponieważ my rano mamy największą siłę dzienną i warto dać wtedy organizmowi zjeść posiłek, który będzie nas wzmacniał i będzie się najlepiej trawił. Dlatego może warto zacząć od śniadania.

Może dla kogoś warto zacząć od spaceru, bo do tej pory ten ktoś przebywał non stop tylko w czterech ścianach, czyli dom, praca, dom, praca, ewentualnie zakupy. Warto wtedy wyjść na co najmniej pół godziny, może godzinny spacer. Nawet to może być koło domu, a jeżeli już masz okazję to może gdzieś pojechać do parku do lasu. To jest kolejna rzecz. Może zacząć wietrzyć mieszkanie, zacząć ćwiczyć. To może być nawet 5 minut dziennie. Także nie zaczynajmy od razu „O, teraz godzinę będę ćwiczyć!”.

Może zacząć wietrzyć mieszkanie, zacząć ćwiczyć. To może być nawet 5 minut dziennie. Także nie zaczynajmy od razu „O, teraz godzinę będę ćwiczyć!”. No dobrze dzisiaj godzina, jutro już nie mam czasu więc zacznij chociaż te 5 minut. Może zapytaj mamę albo babcię, ciocię zapytaj o jakiś sprawdzony przepis na zupę, który robiło się u ciebie w domu.

No dobrze dzisiaj godzina, jutro już nie mam czasu więc zacznij chociaż te 5 minut. Może zapytaj mamę albo babcię, ciocię zapytaj o jakiś sprawdzony przepis na zupę, który robiło się u ciebie w domu. To będzie też takie fajne połączenie różnych generacji i w dodatku odkryjesz też, że możesz się bardzo dużo nauczyć od innych pokoleń czy od innych członków twojej rodziny. Jeżeli masz dzieci – zaangażuj dzieci do pracy w kuchni. To będzie najlepsza integracja, jaka może wam się zdarzyć, ponieważ na początku czasami rodzice właśnie do mnie mówią: „Ale wiesz co, a ja wolę szybko sama to zrobić, bo wtedy mam spokój”, a ja mówię: „Ale wiesz co dzisiaj robisz to szybko sama i masz milion zadań do wykonania.

A jak zaangażujesz swoje dzieci to może dzisiaj musisz troszeczkę więcej czasu poświęcić, bo w tej kuchni one jeszcze się nie znają, to ci może coś wysypią, tu nabałaganią. Będzie to wszystko wolniej trwało, ale za chwilkę te dzieci same ci ugotują posiłek. Ty wchodzisz z p…

Search
Clear search
Close search
Google apps
Main menu